Wolin

Home Ciekawe artykuły Wyspa Wolin zaprasza…

Wyspa Wolin zaprasza…

Rozmowa z Panią Zofią Stankiewicz pionierką Wolina

1Pani Zofia Stankiewicz pochodzi z Podkarpacia, urodziła się w powiecie brzeskim we wsi Łoniowa. Jej rodzice odeszli bardzo szybko a opiekę nad nią objęli wujek z ciocią.
Przyszły wybranek Pani Zofii - Stefan Stankiewicz - urodził się w Tarnowie, został absolwentem Szkoły Podchorążych Artylerii w Toruniu. Stopień podporucznika otrzymał z rąk marszałka Józefa Piłsudskiego. Był członkiem Armii Krajowej oraz brał udział w kampanii wrześniowej.

W czasie II wojny światowej wiele osób zginęło, w ciężkiej sytuacji byli zwłaszcza oficerowie. Jak potoczyły się losy Pani męża po kapitulacji Warszawy?

2Po kapitulacji Warszawy mąż pieszo przeszedł ok. 300 km wracając do rodzinnego Tarnowa. Założył tam grupę i działał w konspiracji do momentu gdy namierzyli go polscy szpiedzy. „Stefan zwiewaj z Tarnowa!” – słowa te uratowały mojemu mężowi życie – wzrusza się pani Zofia. Informację tą, kilka dni przed aresztowaniem, przekazał Stefanowi jeden z polskich szpiegów, który znał mojego męża z dzieciństwa. Stefan spakował się i uciekł przed oprawcą. Schronienie znalazł we wsi Łoniowa, w której ja mieszkałam od urodzenia. Przez pierwszy rok mieszkał i spał w stodole dzięki życzliwości swojego kolegi Rydlewicza. Był to rok, w którym poznałam tajemniczego przybysza – z uśmiechem na twarzy wspomina pani Zofia. Po paru miesiącach w obawie o bezpieczeństwo zmienił kwaterę na dom znajdujący się bliżej lasu i zamieszkał jako kuzyn w rodzinie Mleczków.
Młody oficer nie pozostał bierny wobec wroga, szybko nawiązał kontakt z „Kryszakiem” i stworzył tajną placówkę pod nazwą „Danuta”, obejmującą Dębno, Brzesko i pobliskie wsie. Pan Stefan pod pseudonimem „Niedźwiedź” jako komendant placówki, a Pani Zofia jako „Lidka” – łączniczka wspólnie wykonując cichą robotę dywersyfikowali Niemców. O niebezpiecznej podziemnej działalności państwa Stankiewicz można przeczytać w książce Ks. Piotra Mieczysława Gajdy pt. „Zgasły nasze imiona, ale świecą nasze czyny”. Autor swoją książkę dedykuje właśnie państwu Stankiewicz.
W 1943 r. zmarł nauczyciel o nazwisku Baka a dzięki przychylności jego rodziny pan Stefan przejął to nazwisko. Chroniło ono młodą parę tak przed Niemcami jak i przed Urzędem Bezpieczeństwa po wojnie.
W 1945 roku zawarliśmy związek małżeński. W podróż poślubną udaliśmy się pieszo do Częstochowy. Podróż zajęła nam 8 dni i mimo wielu niebezpieczeństw, dotarliśmy cali i szczęśliwi – wspomina Pani Zofia.

Jakie plany jako młoda para mieliście Państwo w zniszczonym wojną kraju?


Po powrocie z podróży poślubnej myśląc o powiększeniu rodziny postanowiliśmy udać się do Gdyni – Orłowa, tam mieszkało już kilku znajomych męża z Tarnowa. Po krótkiej naradzie kupiliśmy łódź i spróbowaliśmy szczęścia na wodzie łowiąc ryby. W Gdyni na świat przyszedł nasz pierwszy syn – Andrzej.

Jakim sposobem wybrali państwo ziemie wolińską jako ostateczne miejsce osiedlenia?

O możliwości osiedlenia się w Wolinie dowiedzieliśmy się z ogłoszeń podobnych do dzisiejszych bilbordów. Główny napis informował: „Wyspa Wolin czeka na rybaków”. Z plakatu wyczytać można było również, że Wyspę Wolin opuszczają wojska radzieckie, Niemców wysiedlają a puste domy czekają na przybyszy. Długo się nie zastanawialiśmy, po pierwszym lepszym połowie łososia ruszyliśmy w drogę ku Wolinowi.

Który to był rok i jak wyglądał ówcześnie nasz Wolin?

Przybyliśmy tu w lutym 1947 roku. Miasto było bardzo zniszczone, wszędzie widać było mury po zniszczonych budynkach, a te które ocalały miały powybijane okna.  Gdy przybyliśmy nie było żadnego ośrodka zdrowia, a ja byłam w ciąży. Wybraliśmy dom, w którym mieszkam do dzisiaj na ul. Moniuszki. Mąż zaczął pracować jako rybak, a po pracy zajmował się remontem.
Czasy były ciężkie i niebezpieczne – po domach wędrowali handlarze, my na nich mówiliśmy „szabrownicy” bo pod pretekstem okradali mieszkania. W mieście o ile pamiętam były dwa sklepy spożywcze prowadzone przez Tomczyka i panią Szyndler.
Z czasem w znajdującym się na terenie dzisiejszego parku miejskiego budynku otworzono tzw. „danc budę”. Było to miejsce spotkań, takim naszym wolińskim centrum kulturalnym. Odbywały się tam wszystkie zabawy i uroczystości. Stefan brał udział w wystawianej tam sztuce pod tytułem „Grube Ryby”.  Mąż prowadził również zespół, który tam grał m.in. na skrzypcach i harmonii.

Jak układały się relacje z Niemcami, którzy nie byli jeszcze wysiedleni?

W tym okresie w Wolinie mieszkało jeszcze sporo Niemców. Byli oni dla nas przyjaźni, przychodzili do nas a my do nich. Pamiętam jeszcze napis nad drzwiami jednego z ich domów „Kleine aber meine”. Kilku niemieckich robotników mieszkających nieopodal nas pracowało przy odbudowie naszego domu w zamian za żywność. Całkiem niedawno odwiedzili nas byli mieszkańcy naszego domu, którzy dzisiaj mieszkają w Hanowerze. Wizycie towarzyszyły łzy wzruszenia.

Cały ten okres żyli państwo jako rodzina Baków?

Tak, bo tylko taki stan rzeczy zapewniał nam  bezpieczeństwo. Dopiero w roku 1953, kiedy została ogłoszona całkowita amnestia zaczęliśmy wracać do rodzinnego nazwiska. Piątka dzieci musiała mieć przez sąd prostowane nazwisko.

Jest też pani mamą dziewięciorga swoich i trójki przybranych dzieci, jak sobie pani z tym radziła?

Dzieci są moją wielką radością, w domu zawsze panowała rodzinna atmosfera. Pierwszy urodził się Andrzej, a na ziemi wolińskiej na świat przyszli: Bronisław, Stanisław, Maria, Jadwiga, Jan, Jola, Wojtek oraz Lila. Opiekowaliśmy się również trójką wspaniałych dzieci Janem, Anielką i Jolą. Nasze rodzinne spotkania liczą czasami ponad osiemdziesiąt osób. Mieszkał u nas m.in. były prezydent Republiki Mali Alpha Oumar Konare, oraz wielu innych dobrych ludzi, których wszystkich bardzo serdecznie pozdrawiam.
Oprócz obowiązków domowych podejmowałam się różnych prac. Podczas odbudowywania wolińskiego mostu prowadziłam dużą stołówkę dla pracowników. Potem prowadziłam stołówkę na ponad 80 osób w POM-ie. Zorganizowałam zespół chałupniczy zajmujący się produkcją swetrów wełnianych, a w międzyczasie przez okres 33 lat pracowałam przy hodowli norek i tchórzofretek.  
Tak się toczyło wspólne życie na wolińskiej wyspie. Sumując czas naszego pobytu wśród wolińskiej społeczności Dziękuję gospodarzom miasta, tym którzy byli i którzy obecnie pracują. Zawsze spotykaliśmy się z życzliwością i troską o nas. Czujemy się szczęśliwi wśród przyjaciół w Wolinie.

Jarosław Niewinczany